Tego dnia obudziłam się koło 14 – tej. Najpierw otworzyłam jedno oko, potem drugie. Rozejrzałam się dookoła, aż wreszcie mój jeszcze zaspany wzrok padł na okno. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłam za nim śnieg – już leżący i właśnie padający. Z jednej strony zaskoczenie, z drugiej błogi uśmiech, że oto jest 14 – ta, a ja sobie leżę opatulona w ciepłą kołdrę. Po głowie zaczynały krążyć, jeszcze leniwie, pierwsze myśli. I naprawdę niewiele mnie było w stanie z tej błogości wypędzić, poza jednym drobnym szczegółem – byłam sama w domu, a kawa, kawusia, kawunia...mmm:)....znajdowała się w kuchni i na dodatek trzeba ją było sobie przyrządzić. Przez chwilę zastanawiałam się co tu zrobić? Będę leżeć pod tą ciepłą kołderką patrząc na śnieg za oknem, postanowiłam, aż przyjdzie Piotrek z pracy, to jak będzie sobie kawę robił to i mi zrobi. Aż się uśmiechnęłam do tej myśli. A zaraz przyszła druga – ok, ale Piotrek wraca za kilka godzin, kawy chce mi się teraz. Raaany, żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce wstać... No właśnie - trzecia myśl zmaterializowała mi się w głowie - wstawaj dziewczę, za kilka godzin to Ty prowadzisz warsztat z tego niechciejstwa.
Ani się obejrzałam, jak stałam nad świeżo zaparzoną kawą uśmiechając się od ucha do ucha. „Od rana mam dobry humor...” – no dobrze, żeby nie było - od mojego rana;) Ale mam bezsprzecznie. Kilka chwil później byłam w pełni dobudzona. Jeszcze tylko zerknięcie w notatki, w zarys planu, jeszcze raz przemyślenie tego, co przygotowałam na popołudniowy warsztat, jeszcze tylko... i zrobiła się godzina 16 – ta, więc biegiem do autobusu, bo o tej porze zaczynają się korki, a i nagła zima nie sprzyja szybkości dojazdu.
Okazało się, że jakimś cudem sprzyja. O 16.27 byłam prawie na miejscu. I co tu robić przez jeszcze godzinę? Hmm, no to się postanowiłam zgubić na Placu Grzybowskim szukając ulicy Grzybowskiej. Zimno, wieje, pada i znowu myśl „żeby mi się tak chciało...” chodzić w taką pogodę, „żeby mi się tak chciaaaaało..”. Nie chciało. Nie lubię zimna i kiedy mi jeszcze wtedy deszcz ze śniegiem za kołnierz pada. I tak szukając sobie Grzybowskiej zataczając raz łuk w prawo, raz łuk w lewo pomyślałam jak to fajnie i przyjemnie będzie, jak już znajdę się w środku sali, jak mi się zrobi ciepło, jak stanę sobie przy kaloryferze, a potem zanotuję na flipcharcie najważniejsze rzeczy potrzebne do sprawnego poprowadzenia warsztatu, wreszcie jak to miło będzie Was poznać lub ponownie zobaczyć (tych co znałam), porozmawiać i wspólnie zastanowić się nad motywacją i automotywacją, wspólnie wypracować metody, żeby każdemu się chciało się chcieć, tu i teraz, zrobić coś na co nie zawsze ma ochotę, czego nie lubi, co stara się odkładać w nieskończoność, a potem robi w pośpiechu za pięć dwunasta.
Znalazłam ulicę i szybko przygotowałam się na miejscu do poprowadzenia spotkania. Powoli zaczęli schodzić się pierwsi uczestnicy. Zaczęły się rozmowy, że zimno, ze pada, że przyszliśmy by dowiedzieć się jak się zmotywować do wykonania czegoś co powinniśmy, a z różnych powodów tego nie robimy, że może istnieje jakiś „złoty środek”, niezawodna metoda na to, by nam się chciało, że chcemy posłuchać jak inni się motywują, bo może uda się to samo zastosować w moim przypadku, że chcemy zobaczyć jak ja – Asia poprowadzę spotkanie.
No więc zaczęliśmy. Był krótki energaizer na rozruszanie się i aby wywołać trochę śmiechu, żeby ludzie już od pierwszych chwil robili coś wspólnie. Były opowieści o tym czego oczekujecie po tym warsztacie, dlaczego przyszliście, co Was motywuje, a co demotywuje i co chcecie z tym zrobić. Potem pracowaliście w grupach opowiadając sobie nawzajem historie związane z sytuacjami, w których mieliście to „coś”, co sprawiało, że za wykonywaną pracę zabieraliście się od razu i była ona szybko skończona. W drugiej części ćwiczenia było o sytuacjach demotywujących – takich gdzie tego poweru nie było, gdzie głos w głowie wręcz krzyczał „NIE CHCE MI SIĘ!!!...Jeszcze chwila. O, jeszcze to powinno być zrobione. Nic nie jest pilniejsze niż to coś nowe co znienacka wyskoczyło...A tamto? Hmm...jeszcze chwila...”.
Po co to wszystko? Przecież mogłam poprosić każdego indywidualnie, by opowiedział sobie historie i wypisał rzeczy, które go motywują i demotywują. Mogłam, ale z doświadczenia i z wielu godzin pracy z grupami czy poszczególnymi osobami wiem, iż w swoich własnych sprawach nikt nie jest obiektywny, wiele kwestii związanych z daną sytuacją nam ucieka, wiele kwestii wydaje się tak oczywistych, że aż po co o nich mówić – coś lubię albo czegoś nie lubię, coś sprawia, że wykonuję to sama/sam z siebie albo nie sprawia i koniec kropka. Ale DLACZEGO tak? Dlaczego TAK jest? Zazwyczaj dopiero rozmowa z drugim człowiekiem daje impuls do zastanowienia. Owo DLACZEGO powoduje, że zaczynamy badać swoje wnętrze w poszukiwaniu odpowiedzi, szukać swoich powodów, motywów postępowania, przekonań na dany temat jakie mamy. Człowiek jest bowiem istotą w większym czy mniejszy zakresie stadną (tak zostaliśmy ewolucyjnie ukształtowani), ciekawą (no po prostu lubi wiedzieć) i...tak, tak – racjonalną. W większości wypadków, dopiero sprowokowany rozmową z drugim człowiekiem/grupą osób zaczyna się zastanawiać nad tym DLACZEGO.
„...W moim życiu dzieje się wiele rzeczy, które chętnie wykonuję. Na przykład czytam książki. Jak już zacznę czytać, to przestaję często dopiero jak całą przeczytam. Jest zazwyczaj taka wciągająca, fascynująca, że nie wiem kiedy mi czas mija. Lubię także podróżować...”
„...Ja lubię wieszać firanki. Raz, dwa i już zawieszona – efekt jest natychmiast...”
„...Jak postawię sobie jakiś cel to on mnie motywuje. Dążę do jego osiągnięcia, tylko nie zawsze mi się to udaje. Czasem potrzebuję wsparcia zewnętrznego żeby...”
No właśnie, rozmawiając w grupie zaczynamy też analizować czynniki, które wpłynęły na to, że w przeszłości osiągnęliśmy sukces albo, że się nie udało, że automotywacja do przeczytania książki, podróżowania ,zawieszania firanek, osiągania założonych celów, itd. była albo, że byłaby, gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce, by np. napisać raport, wynieść śmieci, odkurzyć podłogi czy regularnie ćwiczyć.
„Światło dzienne” ujrzały różne czynniki – to jest nudne, rutynowe, ciągle to samo i końca nie widać, nie lubię tego, nie mam wpływu na to się dzieje dookoła mnie, na wydarzenia, czyjeś decyzje, szef mi karze, musze to zrobić, nie widzę natychmiast efektu swoich działań albo właśnie widzę natychmiast efekt, to mnie wciąga, jest ciekawe, fascynujące, zapewnia mi odpoczynek, pieniądze, uznanie, sprawia przyjemność i zapewne wiele innych.
Dzięki temu mieliście okazję oraz możliwość dowiedzieć się zarówno czegoś o sobie samych lub tylko spojrzeć na zagadnienie z innej perspektywy, jak i o sobie nawzajem.
Rozmawiając o różnych sytuacjach/czynnikach motywujących i demotywujących każdego z Was, mieliście możliwość takiej stop – klatki i przyjrzenia się co konkretnie sprawiło, że ten sukces był, co się tam takiego stało, że mieliście motywację do zrobienia tego, jakie były wspólne elementy Waszych sukcesów, jakie emocje temu towarzyszyły, z jakimi wartościami każdego z Was było to związane? I odwrotnie - przyjrzenia się co konkretnie sprawiło, że tego sukcesu nie było, co się tam takiego stało, że byliście zdemotywowani do zrobienia tego, jakie były wspólne elementy braku motywacji, z jakimi wartościami każdego z Was było to związane, jakie emocje temu towarzyszyły?
Co to miało dać? Ano to, żebyście przede wszystkim świadomie zwrócili uwagę na elementy sukcesu, na to co zaważyło, że automotywacja była tak silna, że udało się zrealizować to co zamierzaliście. I nie ważne czy chodziło o błahą czy o poważniejszą sprawę. Najważniejsze tu było dookreślenie, ponazywanie, wypowiedzenie na głos nazw stanów, emocji, wartości, wspomnień, poczucie ich takimi zmysłami jakimi najlepiej je odbieracie czy przywołanie obrazów - powodujących, że chciało się to coś kiedyś zrobić, chce się teraz i będzie się chciało ponownie. W tym momencie zaczęliście bowiem dysponować ogromnym zasobem – a mianowicie nazywając uchwyciliście tzw. ramy dla motywatora, skonkretyzowaliście go dzięki czemu będzie on zawsze możliwy do wykorzystania przez Was w momencie najbardziej Wam potrzebnym.
To jak z nazwą „woda”. Znamy to słowo, prawda? Czym można ugasić pragnienie w upalny dzień? Wodą! A skąd to wiesz? Ano stąd, że masz już takie doświadczenia za sobą, sprawdziłeś/sprawdziłaś to i wiesz. A co Cię zmotywowało do odstania kilkunastu minut do kasy w sklepie? Chęć zaspokojenia pragnienia. Być może nawet stojąc w kolejce już wyobraziłeś/wyobraziłaś sobie jak to jest cudownie kiedy strumień wody przepływa Ci przez gardło, jak to jest cudownie, kiedy przestaje chcieć Ci się pić. Czy odstanie kilkunastu minut w kolejce dla samego kupienia wody, bez motywacji byłoby wystarczającym powodem do stania w niej? Prawdopodobnie w dużo mniejszym stopniu lub w ogóle.
Wracając do motywacji – do czego nazwanie motywatora może być wykorzystane na przyszłość? Właśnie do zmierzenia się z sytuacjami demotywującymi. Jak? Już wyjaśniam.
Jeśli mamy już nazwane, uchwycone w „ramy” motywatory to w sytuacjach, gdy „to jest nudne, rutynowe, ciągle to samo i końca nie widać, nie lubię tego, nie mam wpływu na to się dzieje dookoła mnie, na wydarzenia, czyjeś decyzje, szef mi karze, musze to zrobić, nie widzę natychmiast efektu swoich działań, jeszcze chwila, po prostu nieeee chceee mi się” możemy wybrać sobie jedną z metod:
1. Zastosowanie nazwanego motywatora do nowej sytuacji – na przykład wiesz, że w sytuacjach w Twojej przeszłości motywował Cię szybki efekt. Jak spodziewałeś się/spodziewałaś, że on będzie, to z chęcią zabierałeś się/zabierałaś za pracę. Chwila i proszę – jest efekt. Ach jak to cieszyło. Skrzydeł wręcz dodawało. Ok, identyfikujesz – szybki efekt. Co dalej? Dalej szybki efekt przykładasz do jakiejkolwiek nowej sytuacji i gotowe – jest wywołana automotywacja w nowej sytuacji.
Wiem, na warsztacie powiedzieliście, że są rzeczy ciągnące się bardzo długo, do tego zazwyczaj monotonne i powtarzające się. Nuuuda. O efekcie na długo, długo można zapomnieć. I co robić? Na przykład podzielić sobie tę długą pracę na etapy. Kończy się etap i jest efekt. Kolejny etap – kolejny szybki efekt. Kolejny – kolejny, itd. Przy czym wcale nie chodzi żeby to był rzeczywisty etap wynikający z rodzaju pracy. To ma być TWÓJ etap. Taki, jaki sobie wyznaczysz.
Dajmy na to zamierasz ćwiczyć fitness, by osiągnąć efekt w postaci pięknie wymodelowanego ciała. Najpierw modelujesz mięśnie brzucha, potem ud, potem łydek, jeszcze potem ramion. Całe modelowanie ciała zostało podzielone na takie właśnie etapy – dające po kilka miesięcy ćwiczeń na każdą partię ciała. Ćwiczysz, ćwiczysz (bez żadnych wspomagaczy, przyspieszaczy, nadwyrężania organizmu) i czekasz na efekt. Mija miesiąc i drugi i nie bardzo widzisz ten efekt. Ech, zniechęcenie, motywacja siada, nuuuuda. A gdyby tak po każdych zajęciach docenić siebie? Ok, do pełnego efektu jeszcze trochę czasu upłynie, ale przecież dziś wykonałam wszystkie zalecone ćwiczenia prawidłowo. A jutro będę w stanie popracować nad większą ilością tych ćwiczeń bez dostania zadyszki. I co? Jest szybki efekt Twojego etapu? Masz element motywacyjny wyciągnięty z innej Twojej przeszłej sytuacji do nowej obecnej? Działa? Jestem pewna, że tak.
2. Rozejrzenia się dookoła, bo jestem pewna, w Twoim otoczeniu znajdzie się osoba, której się udało coś zrobić, która odniosła sukces, która była zmotywowana do tego by zrobić coś, co sobie złożyła. Zapytaj ją więc co takiego spowodowało, że to zrobiła? Co konkretnie zrobiła (jakie czynności), aby to zrobić? W jakiej kolejności wykonywała te czynności? Dlaczego w takiej, a nie innej? Przyjrzyj się tej osobie kiedy będzie opowiadała o sukcesie – jak wygląda, jak się zachowuje, jaką ma postawę, jak brzmi jej głos, jakie emocje odzwierciedla sobą. Szybko wyłapiesz te motywacyjne elementy. A jak już wyłapiesz, zawsze możesz je „pożyczyć” sobie, by Cię wspierały w Twoje sytuacji, by dawały Ci siłę napędową do tego żeby CHCIEĆ i mieć motywację do działania. Oczywiście „pożyczasz” sobie tylko te elementy, które są możliwe dla Ciebie do zaadaptowania, są zgodne z Twoimi wartościami (trudno „pożyczyć” doprowadzenie do mistrzostwa jazdę 200 na godzinę z dzieckiem na tylnym siedzeniu, gdy dla Ciebie ważne jest bezpieczeństwo).
Na przykład czyjąś siłą napędową jest fascynacja do łowienia ryb (o, fascynacja jest możliwa przez Ciebie do zaadaptowania). No po prostu ktoś może mówić godzinami o łowieniu ryb, dzielić się wiedzą na ten temat i swoimi metodami na najlepsze połowy. Może siedzieć godzinami niemal w bezruchu wpatrując się w wodę, obserwując spławik by zareagować w odpowiednim momencie, aby jednym, pewnym szarpnięciem wyciągnąć rybę z wody i jaki dumny czuje się po jej wyciągnięciu. Może... To może być też jakakolwiek inna sytuacja. Już wiesz o co mi chodzi, prawda? Ok, masz fascynację. To teraz co zrobić, aby zaadaptować sobie jego fascynację do Twojej sytuacji?
Na przykład masz do napisania raport. Co w tym fascynującego? Rutyna i monotonia. Co tydzień to samo. Przypomnij sobie więc tę osobę z fascynacją do łowienia. Przypomnij sobie, w których konkretnie momentach ta fascynacja się pojawiała. Może jak opowiadał o samym zdarzeniu? Może jak już wyciągnął rybę? Może fascynowała go sekwencja czynności wykonywanych przy łowieniu ryb? Przypomnij sobie i pomyśl albo go zapytaj – co mu to dawało, CO z tego MIAŁ ON, że jednym, mocnym szarpnięciem wyciągał rybę, że wykonywał z precyzją w określonej kolejności te, a nie inne czynności, co to dla niego znaczyło? Co ta fascynacja mu dawała? Może będzie to osiągnięcie celu – złowienie ryby? Może ochrona swojej rodziny/siebie przed brakiem obiadu? Może chęć złowienia ryb i potem sprzedaży na targu? A może będzie to umiejętność skupienia się, wyciszenia, skoncentrowania? Być może będzie to jeszcze coś innego.
Zobacz, przyda Ci się to? Dajmy na to umiejętność skoncentrowania się. Zobacz/przypomnij sobie jak ten człowiek to robił, że się umiał skoncentrować. Zobacz/popróbuj – da radę żebyś Ty się tak umiał skoncentrować? Wracamy więc do tego, o czym już mówiliśmy – potrzeba, wartość, niech będzie – fascynacja i raport. Więc co to da Tobie? Co z tego będziesz TY miał, że napiszesz raport? I znowu – może to będzie święty spokój, będziesz mieć z głowy, będziesz mógł się zająć czymś innym. Może to będzie osiągnięcie celu jaki sobie postawiłeś? A może biegłość w osiąganiu koncentracji na jakimś zadaniu? Hmm... fascynacja powoduje, że umiem się skoncentrować na wykonaniu tego, co akurat robię. Dzięki temu, to „coś” umiem zrobić szybko, precyzyjnie, bezbłędnie. Dzięki temu zrobienie tej rzeczy zabiera mi mniej czasu, a dzięki temu tego czasu mam więcej na inne kwestie – np. na chodzenie do kina (jeśli lubię), na zrobienie sobie dodatkowej przerwy w pracy (choćby chwila na zamknięcie oczu i pomarzenie o czymś miłym), na wychodzenie z tej pracy punktualnie, zamiast zostawania po godzinach bo praca nie jest jeszcze wykonana, na spacer z psem, na rozmowę z dzieckiem, na.... Motywator możliwy do przeniesienia na dowolnie inny grunt. Fascynujące, prawda?:)
3. Zmienić słówko „muszę” na „chcę”. Niby drobiazg, ale jak wiele rzeczy się zmienia. Kiedy coś musisz to jest to niczym 20 - to kilogramowy ciężarek na głowę. Przygniata, uwiera i nie można się wyprostować, aby zmienić sobie perspektywę patrzenia. Wszystko oglądane z dołu wydaje się taaakie wielkie. Co innego gdy mamy głowę wysoko uniesioną ponad „problem”, gdy patrzymy sobie na niego z góry i już nic nie wygląda na takie wielkie i straszne jak z dołu. Pamiętasz jak byłeś/byłaś dzieckiem i patrzyłeś/patrzyłaś na szafę? I co się stało jak stanąłeś/stanęłaś przy niej na chociażby krześle? No właśnie. Tu działa to na podobnej zasadzie.
„Chcę” zmienia znaczenie. Powoduje, że człowiek staje się bardziej kreatywny w poszukiwaniu powodów dla których warto zrobić to czy tamto. Muszę posprzątać mieszkanie (rany, ale mi się nie chce, znam fajniejsze sposoby spędzenia najbliższej godziny) – Chcę posprzątać mieszkanie... bo: lubię jak jest czysto, mogę znaleźć potrzebne mi rzeczy, dbam o swoje zdrowie, a dzięki temu zmniejszę ryzyko zarażenia się bakteriami kryjącymi się w brudnej podłodze, bo... itd., itd. Ma to sens?
Oczywiście to nie jedyne sposoby motywowania się. Jest jeszcze odpowiednie wyznaczanie celów, odpowiednie do danego typu osobowości formułowanie tych celów, nagradzanie siebie... tak, tak – nagradzanie siebie po osiągnięciu pewnego etapu pracy i po całości, odpowiednia wizualizacja, zrobienie czegoś w inny niż dotąd sposób, złamanie sekwencji/ strategii postępowania i wiele, wiele innych, które przepracowuję z ludźmi na konsultacjach indywidualnych czy szkoleniu grupowym.
Który konkretnie sposób w którym przypadku - Ty sam/sama będziesz wiedzieć najlepiej. Wypróbuj różne i zobacz który dla Ciebie będzie możliwy do zastosowania, przyjdzie Ci najszybciej i najłatwiej. Co się stanie, jak bardzo zmieni się Twoja rzeczywistość jeśli któryś ze sposobów będziesz stosować. Nie zrażaj się też jeżeli nie uda Ci się za pierwszym razem.
Wiesz, człowiek osiąga mistrzostwo po 3 do 5 (plus/minus 2) próbach:) Ani się więc obejrzysz jak nagle to „nowe” stanie się nowym nawykiem – oczywiście jeśli najpierw TY wykonasz pierwszy krok – ZACZNIESZ.
Bowiem najlepszym ze znanych mi sposobów na zrobienie czegoś jest... po prostu ZROBIENIE tego.
I tym wszystkim właśnie zajmowaliśmy się na warsztacie środowym.
A potem jeszcze szybko do pubu znajomych „Pod Mosteczek”, gdzie... ale to już inna historia.
Asia Miziuła