Miłość jest jak tama.
Miłość siebie to warunek wstępny, aby zacząć kochać bezinteresownie. Tylko wówczas, gdy zaakceptujemy samych siebie, możemy stać się wolni od nas samych. Każda nasza myśl, każde nasze zachowanie, każdy nasz gest winien być wyrazem naszej miłości do nas samych, wyrazem głębokiego szacunku i radości z życia codziennego.
W dzisiejszej pędzącej dobie postępu technologicznego, pędem za tzw. szczęściem, pieniędzmi, dobrym wykształceniem, często zapominamy o tym, co najważniejsze. Zapominamy o sobie, o naszych marzeniach, o naszych pragnieniach o tym, by być szczęśliwym tak po prostu. Niby to, co na co dzień robimy, robimy dla siebie, ale czy naprawdę tak jest? A może robimy to wszystko tylko po to by uszczęśliwić innych lub co gorsza - coś im udowodnić? A może robimy, bo inni tak robią i chcemy się dostosować nie patrząc na ekologię swego istnienia. Ciężko pracujemy, dokształcamy się, stajemy się ludźmi korporacji... tylko, po co? Gdzie w tym wszystkim jest miłość? A jeśli się zdarzy to, do czego? Jesteśmy jak marionetki - gdzie nas postawią tam szybciutko się wtapiamy. Zapominając o tym, co najważniejsze - o miłości i akceptacji samego siebie.
Znałam pewną bardzo piękną i ambitną kobietę. Miała piękne długie włosy, była pełna wdzięku i subtelności. Poruszała się z niesamowitą gracją i delikatnością, ale na jej twarzy malował się smutek i zwątpienie. Pomimo licznych sukcesów w sferze zawodowej, pozostawała sama. Często zamyślona, żyjąca bardziej przeszłością, niż teraźniejszością czy przyszłością. Widywałam ją. Dość często przychodziła do mojej księgarni w poszukiwaniu natchnienia.
Pewnego jesiennego, deszczowego popołudnia wpadła do księgarni niczym burza gradowa. Była cała przemoczona. Do tego jej piękny makijaż rozlał się po jej delikatnej twarzy. Wydawało mi się, że nie przez krople deszczu, a przez swoje, nasączane bólem i cierpieniem łzy. Widząc moją klientkę w takim stanie zaprosiłam ją na zaplecze, poczęstowałam gorącą herbatką i nie pytając o nic wyszłam na sklep. Została tam, aż do momentu zamknięcia przeze mnie księgarni. Zdziwiło mnie to trochę, że taka kobieta biznesu nie spieszy się nigdzie. Czyżby nikt na nią nie czekał? No cóż - to nie moja sprawa - tak pomyślałam. Po zamknięciu przysiadłam się do mojego gościa i nie pytając o zgodę zaczęłam opowiadać o mojej rodzinie, mojej pracy i o tym, ilu cudownych ludzi dzięki temu mogę poznać. Jak wiele historii tych miłych i tych mniej miłych słyszały moje uszy i ściany księgarni.
Podczas tej mojej paplaniny, coś w moim gościu pękło. Zaczęła cichutko płakać, a po chwili z jej ust zaczęły płynąć słowa, które poruszyłyby nie jedno serce. Opowiedziała mi swoją historię życia. Życia, które z pozoru wyglądało na bardzo szczęśliwe, pełne wyzwań i radości, a okazało się kompletną odwrotnością. Rozmawiając o jej problemach, wciąż wracałam do jednej podstawowej trudności, która wydawała się być korzeniem wszystkich innych. Był to problem, którego najmniej się spodziewałam, gdy okazało się, że ta piękna kobieta, kobieta sukcesu, pełna życzliwości dla innych nie potrafi Kochać siebie. W rzeczywistości nienawidziła siebie do tego stopnia, że była tylko o krok od popełnienia samobójstwa. Zachwalanie przeze mnie jej dobrych stron, chwalenie jej sukcesu, urody wydawało się być daremne. W jej mniemaniu akceptacja samej siebie, swoich sukcesów, urody są wyrazem pychy. Są wyrazem buntu przeciwko przyjętym zasadom w jej rodzinie. Od dziecka była wychowywana w pokorze, w rodzinie o surowych poglądach. Nauczyła się, że poniżanie siebie i odrzucanie jest jedyną drogą do wolności.
Smutno zrobiło mi się na sercu i jedyne, co mi przyszło do głowy - to myśl jak to zmienić? Jak pomóc? Postawiłam przed mym gościem lustro i poprosiłam ją, aby przyjrzała się swojemu odbiciu. Na początku nie mogła unieść powiek, by spojrzeć sobie w oczy. Kiedy już to jej się udało, pojawił grymas bólu na jej twarzy, a ciałem jakby coś wstrząsnęło. Wiedziałam, że może być trudno, lecz ta reakcja przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie poddając się, poprosiłam moją rozmówczynie, aby popatrzyła jeszcze raz głęboko w swoje oczy i powiedziała do siebie „Kocham się i akceptuje taką, jaką jestem”.
Skuliła się i nie mogła wymówić ani jednego słowa, dużo czasu minęło, nim była w stanie wyszeptać, (choć bez przekonania) to krótkie zdanie, które prosiłam, by powtórzyła: „Kocham się i akceptuje taką, jaką jestem”. Po tym wieczorzeodwiedzała mnie jeszcze wiele razy. Kiedy odwiedziła mnie po raz ostatni, długo rozmawiałyśmy. Powiedziała, że tamten wieczór był początkiem nowego życia, choć nie było łatwo to trud się opłacił. Teraz już wie, że akceptacja i miłość do siebie daje moc kochania innych. Daje wolność, mądrość i uskrzydla.
Bo miłość to działanie. Jeśli naprawdę kochasz siebie, to kochasz wszystkich. Kochasz świat. Kochasz życie, a jeśli mówisz do kogoś: „Kocham Cię” - to musisz także umieć temu komuś powiedzieć: „Kocham w tobie wszystkich. Poprzez Ciebie Kocham świat. Kocham też w Tobie samego siebie”.
Są różne rodzaje miłości - jest miłość matczyna, jest miłość braterska, jest miłość, miłość erotyczna, lecz najważniejszy rodzaj miłości to miłość i akceptacja samego siebie. I tego życzę każdemu, kto dotrwa do końca mej historii.
Miłość jest jak tama. Jak mawiał Paulo Coelho - jeśli pozwolisz, aby przez szczelinę sączyła się strużka wody, to w końcu rozsadza ona mury i nadchodzi taka chwila, w której nie zdołasz opanować żywiołu. A kiedy mury runą, miłość zawładnie wszystkim. I nie ma wtedy sensu zastanawiać się, co jest możliwe, a co nie i czy zdołamy zatrzymać przy sobie ukochaną osobę. Kochać – to utracić panowanie nad sobą.
Życzę pełnych lat Sukcesu Miłości i Akceptacji
Monika Gębska
gebska@eudaimonia.com.pl